Opowiadania - Gabriel García Márquez
Potem wszystko przestało go interesować. W kąciku świerszcz usiłował podjąć zerwaną nić swego śpiewu, zaś wielka kropla zaczęła zbierać się na suficie nad samym środkiem pokoju. Wiedział, że w tym miejscu drzewo jest zmurszałe, więc bez zdziwienia usłyszał, że spada, ale wyobraził sobie, że to kropla czystej, dobrej, przyjaznej wody, idąca prosto z nieba, z lepszego życia, pełniejsza i nie obciążona idiotyzmami w rodzaju miłości, trawienia, bliźnia-czości. Może ta kropla wypełni pokój w ciągu godziny, a może w ciągu tysiąca lat, i roztopi tę śmiertelną zbroję, tę daremną substancję, która może - bo dlaczegóż by nie? - w ciągu paru chwil nie będzie już niczym więcej niż gęstą zawiesiną białka i serum. Teraz wszystko było już objętne. Między nim a jego grobem leżała tylko jego śmierć. Zrezygnowany posłyszał kroplę dużą, ciężką, celną, uderzającą o inny świat, o pomylony, absurdalny świat zwierząt obdarzonych rozumem.
Poczuł zadowolenie - pozytywne zado-wołenie - że w jego duszy wielki pies zaczyna machać ogonem.
Widywaliśmy się od wielu lat. Nieraz, jak już byliśmy razem, ktoś upuszczał łyżeczkę i budziliśmy się. Powoli zaczęliśmy rozumieć, że nasza przyjaźń jest zależna od pewnych rzeczy, od najzwyklejszych wydarzeń. Nasze spotkania zawsze tak się kończyły, że rankiem upadała łyżeczka.
"Ale mam wrażenie, żeśmy się już kiedyś widzieli". A ona, obojętnie: "Kiedyś śnił mi się pan, w tym samym pokoju". A ja: "Tak, tak. Zaczynam sobie przypominać", a ona: "Ciekawe. Z pewnością spotykaliśmy się i w innych snach".
"Teraz to już nie ma znaczenia. Wystarczy przewrócić poduszkę na drugą stronę, żebyśmy się spotkali".
Z początku, jak przyszedł i jak pytaliśmy, co umie robić, powiedział, że umie śpiewać. Ale to nie zainteresowało nikogo. Potrzebny był chłopak do czyszczenia koni. Nabo został, ale nie przestał śpiewać, tak jakbyśmy go zgodzili do tego śpiewania, zaś szczotkowanie koni było tylko ułatwiającą prace rozrywką.
Inni pozabierali meble i rzeczy. Ona zabrała tylko zapach tego pokoju. I w dwadzieścia lat później z powrotem go przyniosła, położyła na miejscu i zrekonstruowała ołtarzyk, taki jak dawniej. Sama jej obecność wystarczyła, by odnowić to, co zrujnowała nieubłagana pracowitość czasu.
Zobaczyłam ogródek po raz pierwszy pusty, jaśmin pod murem, wierny pamięci mojej matki, zobaczyłam ojca w fotelu na biegunach, opierającego o poduszki obolałe kręgi i jego oczy smutnie zagubione w labiryncie deszczu. Przypomniałam sobie sierpniowe noce wypełnione czarownym milczeniem, podczas których nie słychać nic poza odwiecznym chrzęstem, jaki wydaje ziemia obracająca się wokół zardzewiałej, nie naoliwionej osi. I nagle poczułam, jak mnie ogarnia przytłaczający smutek.
Już nie czuliśmy, że pada. Widzieliśmy już tylko kontury drzew pośród mgły, w czasie popołudnia smutnego, bezludnego, które zostawiało na wargach ten sam smak, z jakim człowiek budzi się po śnie o kimś nieznajomym.
Jeszcze zanim zaczęła się rzeź przeciwników politycznych, ponure październikowe ranki spędzała w oknie swego pokoju, współczując umierającym i myśląc, że gdyby Bóg nie pozwolił sobie na niedzielny wypoczynek, miałby czas, żeby lepiej wykończyć świat.
- Powinien był wykorzystać ten dzień, a wtedy by mu zostało mniej źle zrobionych rzeczy - mawiała. - Przecież i tak miał potem cała wieczność na odpoczywanie.
Był zdania - raczej w chwilach zmniejszonej jasności myśli - że szczęście na ziemi jest osiągalne, o ile nie jest zbyt gorąco, świadomość ta jednak trochę go peszyła, bo lubił błądzić po metafizycznych ścieżkach; temu właśnie oddawał się, gdy co ranka zasiadając w przejściu przy uchylonych drzwiach na ulicę zamykał oczy, co powodowało, że już co najmniej od trzech lat w chwilach "medytacji" nie myślał o niczym. |
|