Ziemia,
planeta ludzi - Antoine de Saint-Exupéry
Albowiem nic i nigdy nie zastąpi straconego towarzysza.
Nie można stworzyć sobie starych przyjaźni. Nie ma ceny skarb tylu wspomnień,
tylu trudnych godzin przeżytych razem, tylu waśnipojednań, porywów serca.
Takie przyjaźnie nie są do odtworzenia. Sadząc dąb, daremnie cieszymy
się nadzieją, że niebawem listowie jego urzyczy nam cienia.
Takie jest prawo życia. Najpierw bogacimy się, latami zadrzewiając przestrzeń
życia, ale nastają inne lata, kiedy czas niszczy aszą pracę i wyrywa
drzewa z korzeniami. Towarzysze nasi, jeden po drugim, odbierają nam
swój cień. I do żałoby naszej wciska się ukryty żal, że się starzejemy.
...
Tego nauczył mnie Mermoz i inni. Wielkość każdego zawodu polega może
przede wszystkim na tym, że łączy ludzi: istnieje tylko jeden luksus
prawdziwy - luksus związków ludzkich.
Pracując dla samych dóbr materialnych budujemy sobie więzienie. Zamykamy
się samotni ze złotem rozsypującym się w palcach, które nie daje nam
nic, dla czego warto byłoby żyć.
Podobała mi się w Paragwaju owa pełna ironii trawa, która ciekawie wyziera
z bruków stolicy i - wysłanka niewidocznej, ale wszechobecnej puszczy
- sprawdza, czy miasto jest ciągle w rękach ludzi, czy nie nadeszła
już może pora, by zacząć wyrzucać wszystkie te kamienie.
Stoję tam w zamyśleniu i wydaje mi się, że ze wszystkim można się oswoić.
Myśl o tym, że za trzydziści lat umrze, nie odbiera radości człowiekowi.
Trzydziści lat, trzy dni... to tylko kwestia perspektywy.
Nie odczuwam już zimna pod warunkiem, że nie poruszę żadnym mięśniem.
Leżąc nieruchomo zapominam o własnym ciele uśpionym pod warstwą piasku.
Nie robię żadnego ruchu a więc nie będę już nigdy cierpiał. Zresztą
właściwie cierpi się tak mało... Bo wszystkie te udręki tłumi synchronizacja
zmęczenia i gorączki. I wszystko staje się nagle książką z obraskami,
trochę okrutną czarodziejską bajką...
Nie rozumiem już tych tłumów z pociągów podmiejskich, nie rozumiem ludzi,
co uważają się za ludzi, chociaż pod naciskiem, którego nie odczuwają,
są sprowadzeni jak mrówki do funkcji, jakie wykonują. Czym wypełniają,
kiedy nie pracują, swoje bezsensowne, nędzne niedziele?
Nie znajduję w sobie nic oprócz ogromnej oschłości serca. Nienawem padnę,
ale nie wiem co to rozpacz. Nawet się nie martwię. Szkoda, zmartwienie
byłoby tak miłe jak woda. Miło jest rozczulać się nad sobą i żalić się
sobie jak przyjacielowi. Ale ja nie mam już przyjaciela na świecie.
W okresie ptasich wędrówek dzikie kaczki budzą dziwny niepokój na terenach,
nad którymi przelatują. Jakgdyby znęcone przez olbrzymi trójkątny klucz
dzikich kaczek, domowe kaczki nieporadnie usiłują wzbić się w górę.
Dziki zew obudził w nich jakiś jakiś instynkt dzikości. Na jedną chwilę
kaczki wędrowne zmieniają się w ptaki wędrowne. W małej, twardej główce,
wypełnionej skromnymi obrazami stawu, robaków, podwórza, rozsnuwają
się nagle rozległe kontynenty, zapach wiatrów i geografia mórz. Ptak
nie podejżewał, że ma mózg tak obszerny, aby pomieścił aż tyle cudowności,
a tu nagle zaczyna bić skrzydłami, odwraca się od ziarna, odwraca się
od robaków i chce być dziką kaczką.
Ale przede wszystkim przyszły mi na myśl gazele: hodowałem gazele w
Juby. Wszyscyśmy hodowali tam gazele. Zamykaliśmy je w przewiewnej altanie,
na powietrzu, gdyż gazele potrzebują bieżącej wody, wiatrów i żadne
zwierze nie jest równie delikatne. Schwytane za młodu żyją jednak w
niewoli i jedzą jednak z ręki człowieka. Pozwalają się głaskać, chętnie
wkładają wilgotny pyszczek w otwartą dłoń. Myślimy, że są oswojone.
Myślimy, że uchroniliśmy je przed nieznanym smutkiem, który cicho gasi
gazele, zmieniając im śmierć w pieszczotę... Ale nadchodzi dzień, kiedy
stają wpierając się różkami w ogrodzenie do strony pustyni. Coś je ciągnie
jak magnes. Nawet nie wiedzą, że wymykają się człowiekowi. Wypijają
mleko, które im przynosi. Pozwalają się jeszcze głaskać, jeszcze czulej
wsuwają pyszczek w dłoń... Ale ledwo oswobodzone, już w jakimś radosnym
galopie wracają do ażurowej ściany. I jeśli się im nie przeszkodzi,
będą tam tkwiły nie usiłując nawet obalić ogrodzenia, ale po prostu
stojąc ze spuszczonym łbem, z różkami wspartymi w barierę, i w końcu
umrą. Czy to pora godów miłosnych, czy zwykła potrzeba galopu do utraty
tchu? Same tego nie wiedzą. Kiedy je schwytano, nie zdążyły jeszcze
otworzyć oczu na świat. Nie wiedzą nic o wolności wśród piasków, podobnie
jak o woni samca. Ale my jesteśmy znacznie mądrzejśi od gazel. Wiemy
czego szukają: przestrzeni, która da im poczucie pełni istnienia. Chcą
stać się gazelami i tańczyć taniec gazel. Chcą zaznać pędu ucieczki,
tego pędu strzały z prędkością stu trzydziestu kilometrów na godzinę,
hamowanego nagłymi podskokami, jak gdyby tu i ówdzie z piasku wytryskiwały
płomienie. Mniejsza o szakale, jeśli prawdą gazel jest potrzeba strachu,
który je zmusza do przekraczania granic siebie i dobywa z nich taką potęgę skoku! mniejsza o lwa, jeśli prawda gazel wymaga, by umierały
w słońcu, rozpłatane jednym ciosem pazurów! Patrzymy na nie i myślimy:
zaczął się atak nostalgii. Nostalgia to pragnienie nie wiadomo czego...
Przedmiot pragnienia istnieje, nie ma jednak słów, aby go wyrazić.
A nam, czego nam brak?
Dopiero wte oddychamy, kiedy jesteśmy związani z naszymi braćmi wspólnym
celem znajdującym się poza nami, a doświadczenie uczy, że kochać to
nie znaczy patrzeć na siebie nawzajem, ale patrzeć razem w tym samym
kierunku. Kolegami są tylko ci, którzy związani jedną liną wspinają
się na ten sam szczyt.
Każdy oddaje serce tej religii, która mu obiecuje pełnię człowieczeństwa.
Wówczas dopiero będziemy szczęśliwi, kiedy uświadomimy sobie swoją rolę,
choćby njaskromniejszą. Wówczas dopiero będziemy mogli żyć w spokoju
i umrzeć w spokoju, gdyż to co daje sens życiu, daje także sens śmierci.
Każde istnienie, gdy przychodzi jego kolpej, pęka jak strąk i oddaje
swoje ziarna. |
|